Reklama

Reklama nie jest źródłem informacji

 

Wszyscy jesteśmy konsumentami

„Wszyscy, z definicji, jesteśmy konsumentami” – te oto słowa 15 marca 1962 roku wygłosił stojąc przed Kongresem Stanów Zjednoczonych prezydent John F. Kennedy. Zaprezentował wtedy projekt ustawy o prawach konsumentów (Kennedy’s Bill of Rights) zawierający cztery podstawowe prawa, a mianowicie:

1. prawo do bezpieczeństwa;
2. prawo do informacji;
3. prawo wyboru spośród różnych produktów i usług po konkurencyjnych cenach;
4. prawo wyrażania opinii, które mają wpływ na kształtowanie polityki konsumenckiej.

Od czasu tamtego wystąpienia prawo ochrony konsumenta stało się jednym z ważniejszych dziedzin obowiązującego prawa, zawierającym regulacje zarówno z zakresu prawa cywilnego, karnego jak i administracyjnego. Wiele z tych norm pozostawia jednak wiele do życzenia, co w dużej mierze wynika z faktu, że producenci częstokroć mają większy wpływ na procesy tworzenia prawa niż niezorganizowani konsumenci.

Prawdą jednakże jest także i to, że nawet najlepsze regulacje prawne nie zwalniają konsumentów – czyli nas wszystkich – z obowiązku samodzielnego myślenia w kontekście zawieranych przez nas umów. Przede wszystkim chodzi o krytyczną ocenę różnych informacji kierowanych do nas przez sprzedawców czy też oferentów usług. Przepisy prawa mogą zakazać pewnych technik reklamowych – i prawdopodobnie powinny być dużo bardziej restrykcyjne niż są obecnie – ale ostateczną odpowiedzialność za skutki własnych decyzji ponosimy my sami.

Niestety, bardzo często nie jesteśmy świadomi tego, że nasze „niewinne” wybory mogą mieć dalekosiężne skutki i dla nas samych, i także dla innych. Kupowanie rzeczy złej jakości może mieć negatywny skutek dla naszego zdrowia jak również zdrowia członków naszej rodziny. Nadmierna konsumpcja może prowadzić do zadłużenia budżetu domowego i skutkować nawet próbami samobójczymi. W skali całego narodu decyzje konsumentów decydują o „być albo nie być” całych gałęzi i sektorów gospodarki.

Konsument, podejmując codzienne decyzje zakupowe kształtuje swoje własne życie jak również swoje otoczenie. Niestety, zazwyczaj nie jest świadom tego, jak wielką władzą dysponuje. Jego niewiedza nie jest też przypadkowa. Podstawową dewizą funkcjonowania współczesnych gospodarek kapitalistycznych jest dążenie do zwiększania produkcji, co wymaga dużej aktywności zakupowej konsumentów. Ośrodki kształtujące współczesne życie gospodarcze niestety nie mają więc interesu w tym, by konsument decydował naprawdę mądrze… Przede wszystkim nie ponoszą one kosztów błędnych decyzji konsumenckich: koszty te ponosi sam konsument, jego rodzina a czasem i cały naród.

Mamy więc tutaj do czynienia ze zderzeniem dwóch wizji życia gospodarczego. Jedna – aktualnie dominująca – nakierowana jest na ciągłe zwiększanie produkcji, a tym samym promowanie postaw konsumpcyjnych. Druga wizja – która jest nam bliska – zakłada, że gospodarka ma służyć człowiekowi, jego zdrowiu, życiu rodzinnemu, rozwojowi duchowemu, etc. Z tego punktu widzenia nie tylko nadmierna konsumpcja ale także kupowanie „śmieci” są równe z marnotrawieniem środków, które konsument mógłby przeznaczyć na rozwój siebie, swojej rodziny, swojego zdrowia.

Jednym ze sposobów na realizację naszej wizji jest wzmocnienie naszej samoświadomości jako konsumentów, tak byśmy podejmowali jak najlepsze decyzje z punktu widzenia naszego dobra a nie interesów sprzedawców czy producentów.

Świadomy konsument

Pierwszym krokiem wiodącym do takiego wzmocnienia naszej samoświadomości musi być przestrzeganie ogólnej reguły, że podstawą naszych decyzji powinna być rzetelna wiedza o świecie. Wcielenie w życie tej zasady wymaga tego, byśmy dobrze sobie uświadomili, że w celu zwiększenia sprzedaży manipuluje się naszymi wyobrażeniami o świecie, tak by skłonić nas do decyzji kupna, czyli podjęcia działań zawsze korzystnych dla sprzedawcy, a nie zawsze dla nas samych (założenie mikroekonomiczne). Musimy sobie także uświadomić sobie, że duża częstotliwość podejmowania przez nas jako konsumentów różnych niekorzystnych decyzji, przekłada się na niekorzystny rozwój gospodarki narodowej, zdrowia narodowego, etc. (założenie makroekonomiczne). Musimy więc rozumieć, że za pomocą sterowania naszymi wyborami różni reklamodawcy, sprzedawcy etc. mogą wręcz sterować globalnymi procesami gospodarczymi.

Na nasze decyzje zakupowe próbuje się wpływać w różnoraki sposób. Są to przede wszystkim reklama, opakowanie, oraz różne techniki sprzedaży.

Warto zatem przyjrzeć się narzędziom, które w zalewie informacji wymuszają automatyczne i bezrefleksyjne reagowanie i przez to uleganie wpływowi społecznemu dotyczącemu nie tylko zakupów ale też działań charytatywnych, ustępowania czy też głosowania w narzucony sposób. Techniki te przedstawimy na podstawie pracy „Wywieranie wpływu na ludzi” Roberta Cialdini.[1]

Techniki manipulacji (Robert Cialdini)

Wielu ludzi w codziennych sytuacjach, które dostarczają mnóstwa bodźców i wymuszają dokonywanie różnych wyborów chce oszczędzić czas, energię i własne „zasoby umysłowe”. Pomaga w tym „chodzenie na skróty”, choć ceną za takie postępowanie będzie niejednokrotnie popełnienie dużego błędu obarczonego poważnymi konsekwencjami. „Chodzimy na skróty” na przykład wtedy, gdy kierując się zasadą „drogi-dobry, tani -słaby” przepłacamy za niewarte tego towary. Jest to rodzaj przystosowania do lawiny zmian i informacji, niezliczonej liczby możliwości i wyborów i wiąże się ze sposobem w jaki podejmujemy decyzje.

„Zasada kontrastu” polega na tym, że sprzedawca (choć może tu chodzić o dowolną osobę z dowolną propozycją) pokazuje klientowi dwie rzeczy, jedną po drugiej, przy czym najpierw bardzo drogą, na którą wie, że się nie zgodzimy, a dopiero później produkt tańszy, który docelowo chciał sprzedać. Widać to na przykładzie, w którym ktoś chce pożyczyć 100 tysięcy, ale początkowo prosi kogoś o 200 tyś. „Wycofując się” do 100 tyś. dokonuje ustępstwa, co zmusza niejako osobę, od której chce pożyczyć pieniądze do podobnego ustępstwa i w efekcie osiąga zamierzony cel.

„Reguła wzajemności”, skądinąd bardzo pożyteczna i nieodzowna do prawidłowego funkcjonowania społeczeństw, bazuje na potrzebie odwdzięczenia się po otrzymaniu nawet drobnej przysługi. Zobowiązanie wzajemności jest zwykle bardzo silne i ma nieprzyjemny wydźwięk, dlatego też mamy skłonność do jak najszybszego pozbycia się tego odczucia i wtedy wpadamy w pułapkę manipulatora.

Chętniej oddajemy przysługi ludziom, których lubimy (dlatego wytrawny sprzedawca potrafi w krótkim czasie wytworzyć milą atmosferę i tym samym zyskać naszą sympatię), jednak skuteczność tego narzędzia może spowodować, że ulegamy nawet tym ludziom, których nie lubimy.

Należy zatem z wielką ostrożnością traktować wszelkie „prezenty” wręczane nam na ulicach, w marketach, bankach, czy nawet od znajomych. Wszelkie „darmowe próbki” to po prostu haczyki zobowiązujące do zakupu wypróbowanego produktu. A ponieważ jest to zwykła sztuczka nie musimy odpowiadać na nią przysługą. Można też starać się unikać czy nie dopuszczać do aktywizacji tej reguły. Oczywiście musimy tu wykazać się wiedzą i wyczuciem bo przecież wciąż istnieje sprawiedliwa wymiana dóbr i nie możemy zamykać się na odwieczną i naturalną skłonność do kooperacji.

Technika „odmowa-wycofanie”, z którą prędzej czy później się zetkniemy, polega na odwzajemnianiu ustępstw. Rozpoczyna się zwykle od zaprezentowania przez sprzedawcę możliwie dużej oferty, o której wie, że spotka się z odmową, po czym dochodzi do wycofania się do mniejszej prośby, na której mu tak naprawdę zależało. Technika ta ma związek z regułą wzajemności w tym kontekście, że kiedy ktoś ustępuje, my także czujemy się zobowiązani do ustępstwa. Warto też zauważyć, że ta „mniejsza” prośba wcale nie musi być „mała”. Z techniką taką możemy spotkać się np. gdy domokrążny sprzedawca próbuje wcisnąć nam swój towar. Intensyfikując manipulację dając nam na początku, dobre słowo czy też drobny upominek, wycofuje się z oferty prosząc o nazwiska, adresy, telefony naszych znajomych a jego potencjalnych klientów. Ponieważ sami nic nie kupiliśmy, podajemy te dane sprzedawcy, który ustąpił od sprzedania nam towaru na rzecz sprzedania go naszym przyjaciołom.

Zaangażowanie i konsekwencja – gdy się już na coś decydujemy, nawet gdy chwilę później dostajemy informację, że to był błąd, przekonujemy samych siebie o słuszności podjętej decyzji. Poprawia to nasze samopoczucie ale jest to ignorowanie logiki i budowanie murów odgradzających nas od niej, to zwyczajnie budowanie fortecy głupców.

Bazując na naszych potrzebach i dążeniu do konsekwencji firmy zabawkarskie zarabiają na nie zdających sobie z tego sprawy rodzicach. Stosują np. taki trick: tuż przed Bożym Narodzeniem reklamują jakieś zabawki po czym do sklepów dostarczają znikomą ich ilość. Rodzice, którzy obiecali dziecku ten właśnie produkt, kupują inny w podobnej cenie bo nie wiedzą, że tuż po świętach reklamy tej wymarzonej zostaną wznowione i zabawka trafi do sklepu. Tym razem w odpowiedniej ilości, by rodzic, który obiecał ją dziecku, mógł dotrzymać słowa. W efekcie zamiast jednej, kupuje dwie zabawki.

Sprzedawcy czy też organizacje wykorzystują małe kroczki by rychło przejść do wielkich (strategia stopy w drzwiach lub też od rzemyczka do koziczka) nakłaniając ludzi do spełniania początkowo niewielkich próśb, typu naklejenie na auto naklejki z hasłem nawołującym do bezpiecznej jazdy. Przy czym działania wywołujące zmianę naszych postaw muszą być aktywne, publiczne, wymagać wysiłku i musi temu towarzyszyć przekonanie, że polecenie wykonuje się z własnej woli.

Konsekwentne trzymanie się wcześniejszych decyzji wzmacnia tekst pisany, gdy np. zostajemy zaproszeni do udziału w konkursie na rymowankę o jakimś produkcie oraz jakiekolwiek publiczne wystąpienie zachwalające produkt. Konsumenci mają skłonność do uwierzenia w treść tego co napisali czy powiedzieli publicznie, dodatkowo chcą zachować konsekwencję i trzymają się swojej opinii, a sprzedawcy dostają darmową reklamę i grono zwolenników.

Dodatkowy wysiłek włożony w jakieś działanie powoduje, że wzrasta nasz pozytywny stosunek do niego a poczucie sprawstwa i własnego wyboru wpływa na wzrost zaangażowania.

Aby uniknąć wkręcenia się w sztuczki manipulatorów należy pamiętać o tym, że konsekwencja nie może być automatyczna. Pomaga także wsłuchanie się w sygnały płynące z własnego ciała, które np. wyraźnymi skurczami żołądka lub poczuciem z głębi duszy daje nam znać, że znaleźliśmy się w sytuacji, w której wyrażamy zgodę na coś, czego tak naprawdę nie chcemy.

Zasada dowodu społecznego mówi o tym, że czy coś jest poprawne, czy nie, decyduje to, co o tym mówią/myślą inni ludzie. Sprawdzi się to gdy weźmiemy pod lupę wszelkie sondaże czy statystyki podawane w reklamach, gdzie np. 99% kupujących jest zadowolona z produktu. Zachowanie innych, zwłaszcza nam, jest dla nas ważną wskazówką przy poszukiwaniu własnych rozwiązań czy uczeniu się do momentu, w którym nie znajdą się osoby, które naszą skłonność do szukania „drogi na skróty” nie zechcą wykorzystać do swoich manipulacji. Powinniśmy mieć zawsze na uwadze fakt, że postępowanie podobnych do nas ludzi nie może stanowić jedynej podstawy naszych własnych decyzji.

Lubienie i sympatia to ważny punkt w całym arsenale technik wywierania wpływu na ludzi. To oczywiste, że chętniej spełniamy prośby ludzi, których znamy i lubimy. Dlatego sprzedawcy włączają w akt kupna-sprzedaży elementy zaufania, ciepła, poczucia bezpieczeństwa i zobowiązania. Widać to w reklamach, które odwołują się do naszych wartości i emocji związanych np. ze skojarzeniami z ciepłem domu rodzinnego lub w strategii korporacji sprzedających swoje produkty w domach klientów, gdzie głównym haczykiem jest przyjaźń. Trudno bowiem odmówić przyjacielowi przyjścia na pokaz produktu organizowany w jego domu, a później także zakupu jednego czy wielu z nich. Członkowie organizacji dobroczynnych organizują zbiórki w bezpośrednim sąsiedztwie swojego miejsca zamieszkania wiedząc, że trudniej odmawia się komuś znajomemu a tym bardziej lubianemu. Warto też wspomnieć, że zwykle pozytywnie reagujemy na ludzi ładnych oraz podobnych do nas samych. I choć te elementy (miła aparycja, podobne poglądy, sposób ubierania się, zainteresowania itp.) wydają się mało istotne, to jednak mocno pracują na wzrost sympatii i jeśli sprzedawca umiejętnie wykreuje taką sytuację zrealizuje swoje zamierzenia, choć nie zawsze będą one kompatybilne z naszymi potrzebami.

Podobnie działają komplementy i częsty kontakt, zwłaszcza gdy ma on przyjemny charakter. Skojarzenie z czymś, co już lubimy to kolejny element wywierania wpływu na ludzi przez sprzedawców (w tym polityków, producentów reklam itp). Dobrym przykładem na posługiwanie się tą techniką może być sprzedaż samochodów, które reklamują piękne modelki. Kojarzenie auta z atrakcyjnością kobiet powoduje, że sam produkt wydaje się cenniejszy, lepiej zaprojektowany. Jeszcze bardziej przemawia do nas i kusi produkt reklamowany przez znaną i lubianą postać (sportowcy, aktorzy, gwiazdy estrady itp.).

Najlepsze co możemy zrobić, by nie złapać się na lep nieoczekiwanie pojawiającej się sympatii to refleksja w momencie, gdy czujemy, że zbyt szybko i zbyt mocno polubiliśmy nieznaną osobę. Wtedy też należy rozdzielić sprzedawcę i emocje, które wzbudził od towaru i skupić się wyłącznie na oferowanym produkcie i naszych autentycznych potrzebach.

Skłonność do ulegania autorytetom jest powszechna i choć autorytety zazwyczaj wykazują się wiedzą, mądrością i władzą, to jednak warto zadać sobie dwa pytania zanim w sposób zautomatyzowany korzystając z „drogi na skróty” podejmiemy ważną decyzję: zastanówmy się „czy ten autorytet jest rzeczywistym ekspertem?” oraz „jak dalece można mu zaufać w tej sytuacji?”. Co ciekawe często ulegamy samym symbolom statusu i władzy a oszuści z upodobaniem wykorzystują tytuły, ubiory czy pojazdy autorytetów do wpływania na nasze decyzje. Np. wtedy gdy w reklamie przekonują nas, że daną pastę do zębów opiniuje i poleca stomatolog z wieloletnią praktyką w zawodzie. Zbyt chętnie zapominamy, że ze stomatologiem osobę tę łączy wyłącznie uniform.

„Bezpowrotnie przemijająca okazja”, ograniczenie (także czasowe) dostępności dóbr, rywalizacja o nie to siła reguły niedostępności. Wiele przedmiotów zyskuje na wartości w naszych oczach tylko z powodu statusu „białego kruka”. Sprzedawcy bacznie obserwują zachowanie klientów i gdy tylko zauważą ich zainteresowanie jakimś produktem rozpoczynają swoją grę. Najpierw informują, że obiekt został już sprzedany i dodają kilka uwag na temat jego wyjątkowości. Widząc cień zawodu na twarzy klientów decydują się sprawdzić w magazynie czy całkiem przypadkiem jedna sztuka się nie znajdzie, i że to jednak nikła nadzieja. Upewnia się tylko, czy klient zechce towar kupić, jeśli nieoczekiwanie pojawi się taki. Klient poruszony niedostępnością i tym samym wyjątkowością produktu zapewnia, że tak i w tym momencie, nawet jeśli czuje, że popełnia błąd, złapał się na haczyk zaawansowania i konsekwencji. Płaci za cudem odnalezioną w magazynie i zupełnie mu niepotrzebną rzecz.

Nagłośnienie „nieprzekraczalnego” terminu dostępności jakiegoś towaru/usługi skłania ludzi do jeszcze większego nim zainteresowania. Obroną przed presją niedostępności będzie wiedza jak presja ta działa i skąd się bierze oraz prawidłowa reakcja na własne pobudzenie, pośpiech, podniecenie pojawiające się przy informacji o ograniczeniu dostępności do produktu, które powinno być wskaźnikiem i sygnałem do natychmiastowego ochłonięcia i poszukania odpowiedzi na pytanie o zasadność danej transakcji.

Reklama

Kluczową sprawą dla podejmowania przez nas decyzji konsumenckich jest uświadomienie sobie prostego niby faktu, że reklama nie jest dobrym źródłem informacji. Reklama z definicji służy temu, by zachęcić konsumenta do kupna. Zawsze więc będzie nas nakierowywała na to, jakie dany produkt ma zalety a wady sprytnie ukrywała. Przede wszystkim jednak reklama tworzy sugestywne wizje szczęśliwego życia, łatwego rozwiązania problemów, odniesienia sukcesu, pod warunkiem – że kupimy dany produkt. Wszystko jest łatwe, ładne i przyjemne. Tak łatwe, jak kupienie „wymarzonego” produktu. Reklama nie odwołuje się więc do kryteriów racjonalnych, lecz ma na celu wywoływanie pewnych skojarzeń, odwołuje się do różnych wyobrażeń i stereotypów, i zasadniczo oddziałuje na nasze emocje.

Ponieważ żyjemy w świecie reklam i podlegamy ich wpływom, jak wielki będzie to wpływ zależy od naszej wiedzy o mechanizmach i technikach wykorzystywanych do nakłaniania ludzi do zmiany sposobu postrzegania rzeczywistości i postępowania.

Etykieta i opakowanie produktu

Kolejną kwestią, którą trzeba sobie uświadomić jest to, że etykieta, mimo że sama w sobie nie jest reklamą, spełnia po części właśnie funkcje reklamy. Etykieta ma przede wszystkim opisywać i oznaczać produkt. To podstawowe funkcje, jakie powinna spełniać: powinna nas rzetelnie INFORMOWAĆ. Natomiast reklama ma na celu SKŁONIENIE nas do nabycia lub korzystania z określonych towarów czy usług, popierania określonych spraw lub idei. Stąd też wygląd dzisiejszych etykiet przyjmuje różne wymyślne formy, nie dla użyteczności dla potencjalnego nabywcy, ale dla zachęty by kupić dany produkt. Etykiety dają nam częściowe informacje o produkcie, które stawiają dany produkt w pozytywnym świetle. Najczęściej jest tworzony niepełny, a w zasadzie fałszywy obraz o produkcie.

Na przykład zaznaczenie większą i kolorową czcionką pożądanego lub prozdrowotnego składnika, czy technologii obróbki przyciąga potencjalnego konsumenta oraz zachęca mało krytycznego konsumenta, który odruchowo wkłada taki produkt do koszyka.

Podobnie rzecz ma się z opakowaniami. Podstawowe funkcje opakowania to wydzielenie produktu i zabezpieczenie go. Rozwój nauk stosujących socjotechniki i kierowanie zachowaniami ludzkimi, spowodował, że wygląd dzisiejszych opakowań przyjmuje różne wymyślne formy, nie dla użyteczności producenta i gałęzi dostaw, czy potencjalnego nabywcy, ale bardzo często dla zachęty by kupić dany produkt.

Wygląd produktu

Reklama
Źródło: https://www.pexels.com/pl-pl/

Barwne są nie tylko etykiety i opakowania, które mają przyciągać potencjalnych klientów. Producenci za namową marketingowców, zmieniają nawet wygląd samego produktu.

Jednym ze sposobów jest zmiana barw z nienaturalnych na bardziej wyraziste. Niestety nie da się tego zrobić bez dodatkowych substancji chemicznych. Przekłady całej palety barw można odnaleźć najszybciej w wyrobach cukierniczych i lodach.

Ich kolorystyka przyciąga, zapada w pamięci i zachęca do kupna. Szczególnie najmłodsi zwracają uwagę na barwne produkty. My jako dorośli powinniśmy dbać przede wszystkim o nich, gdyż znaczna ilość substancji barwiących wywołuje niepożądane działania. Oto przykład kilku najbardziej szkodliwych barwników dla naszego zdrowia:

1. Żółcień chinolinowa (E104)
2. Żółcień pomarańczowa (E110)
3. Tartrazyna (E102)
4. Błękit brylantowy FCF (E133)
5. Indygotyna (E132)
6. Azorubina (E122)
7. Czerwień allura (E129)
8. Czerwień koszelinowa (E124)

O ile producent w składzie produktu żywnościowego poda barwnik pod jego nazwą lub tzw. symbolem „E-kod”, to już reszty niekorzystnych symptomów, jakie może wywołać, musimy doszukiwać się sami w specjalistycznych opracowaniach.

I tak dla przykładu powyższe barwniki, które są uznane za najbardziej niekorzystne dla naszego zdrowia:

– mogą wywoływać reakcje alergiczne, astmę, katar sienny, bóle głowy i brzucha,
– mogą powodować nadpobudliwość, bezsenność, depresję, trudności z koncentracją,
– mogą nasilać objawy pokrzywki, atopowego zapalenia skóry, powodować wypryski,
– podejrzewane są o działania kancerogenne [2].


Prawo do informacji?

Osobną kwestią jest to, o czym powinna informować etykieta, sprzedawca a nawet reklama. Jest to trudna kwestia, co znaczy, że tym bardziej musimy się z nią zmierzyć.

Wypisanie składu produktu na etykiecie często jest mało wystarczające, a podanie go bez ilości i zakodowanie jeszcze różnymi symbolami, powoduje, że czasem nie wiemy co kupujemy.

Co więcej, niekiedy trzeba być nie lada specjalistą, aby zdekodować i rozszyfrować poszczególne składniki, by określić ich pozytywne lub negatywne działanie na nasz organizm po spożyciu.

Dla przykładu, w Unijnym Rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) NR 1169/2011 z dnia 25.10.2011 r. w sprawie przekazywania konsumentom informacji na temat żywności, wymagania dotyczące obowiązkowych danych określonych dla opakowanych środków spożywczych zostały określone w art. 9. Zgodnie z przepisami rozporządzenia, obowiązkowe jest podanie m.in.: wszelkich składników lub substancji powodujących alergie lub reakcje nietolerancji użytych przy wytworzeniu lub przygotowywaniu żywności i nadal obecnych w produkcie gotowym (nawet, jeżeli ich forma uległa zmianie).

Jest to przykład, jak bardzo mało na temat szkodliwych lub niepożądanych składników musi wiedzieć konsument. Wszelkie inne składniki np. barwniki, smaku lub konserwanty również wystarczy tylko wypisać na etykiecie lub opakowaniu, a to one są bardzo szkodliwe, a ich odkładanie w organizmie staje się toksyczne.

Konserwanty
Źródło: Normalny Kraj

Konsument z podanym składnikiem musi sam się zmierzyć. Poszukać wiedzy na jego temat, a później znieść niepożądane jego działania.

Dla jasności sprawy, wszelkie składniki w żywności powinny być wypisane w grupach na etykiecie lub opakowaniu. Na pewno patrząc z punktu widzenia konsumenta, powinna być grupa substancji/składników, które są szkodliwe i niepożądane w organizmie.

Ponadto, obowiązkowo powinna być zawarta ich ilość. Niestety bardzo często jest tak, że w ogóle takiej informacji nie udziela się, a tym bardziej ile można spożyć substancji szkodliwej na dobę, na kg masy ciała itp.
Podajmy kilka przykładów informacji ważnych dla konsumenta, które jednakże nigdzie „się nie pojawiają”.

Tak choćby jest ze składnikami GMO (genetycznie modyfikowanych organizmów), których ilości nie przekraczają 0,9%. Ustawodawca pozwala, aby producent nie zamieszczał informacji o zawartości w składzie produktu materiału GMO jeśli ten nie przekracza 0,9% zawartości [3].

I nie chodzi tu o to, czy to duża czy mała ilość ale o sam fakt wprowadzania do naszego organizmu genów nigdy nie występujących w naturze.

Należy także wspomnieć o zanieczyszczeniach, które są stale stwierdzane w wielu partiach produktów poczynając od zawartości antybiotyków w mięsie (zwierzęta hodowlane zużywają 3 x więcej antybiotyków niż ludzie), poprzez hormony których jest pod dostatkiem w mleku i drobiu po zanieczyszczenia pestycydami pochodzącymi z rolnictwa. Nie ma też żadnych regulacji dotyczących informowania, czy zwierzęta karmione były paszami zawierającymi GMO.

Kolejne przykłady to chemia w żywności. Rokrocznie używa się tysiące ton zawierających glifosat herbicydów, z czego od 1 do 3% wchodzi do roślin niszcząc ją. Reszta zaś spływa do gleby i wód gruntowych i powierzchniowych. Katastrofalne dla konsumentów jest to, iż nie jest to środek biodegradowalny, zalega w glebach i dodatkowo kumuluje się w tkankach ludzkich .Najnowsze badania wskazują, że nawet niewielkie śladowe wręcz ilości glifosatu powodują niszczenie pozytywnej floty jelitowej, przy czym w to miejsce wchodzą patogenne z rodzaju candida czy clostridum a odporne na glifosat. Powoduje to szereg niekorzystnych dla zdrowia następstw. Dodatkowo glifosat działa w organizmie jak chelat – usuwa ważne pierwiastki śladowe niezbędne dla prawidłowego funkcjonowania. W roku 2016 grupa kilkudziesięciu europosłów z kilkunastu krajów przebadała swój mocz na zawartość gifosatu. Okazało się, że każdy z nich miał średnio 17- krotnie wyższe stężenie gilfosatu w moczu niż jest dopuszczalne w wodzie pitnej [4].

Niedawne badania kasz zorganizowane przez Federacje Konsumentów i Food Rentgen jasno wskazują na znaczne zawartości glifosatu w wielu popularnych markach produkujących kasze. Próżno szukać informacji o zawartości pestycydów w kaszy na opakowaniu [5].

Kolejny przykład to choćby czekolada zawierająca lecytynę sojową. Ponad 95 % upraw soi na świecie to soja modyfikowana genetycznie. Pijąc popularne napoje owocowe znanych firm możemy na etykiecie sprawdzić czy produkt słodzony jest cukrem czy syropem glukozowo-fruktozowym, którego znaczny odsetek jest produkowany z kukurydzy, w tym także kukurydzy GMO. Ponadto syrop glukozowo-fruktozowy bardzo szybko podnosi zawartość cukru we krwi, ma więc wysoki indeks glikemiczny – jednak o tym powinien wiedzieć sam konsument.

Oddzielnym tematem są normy. Te wydają się być dopasowywane do zwiększających się zanieczyszczeń.

Przykładem niech będzie norma napromieniowania w żywności. Otóż krótko po wybuchu elektrowni atomowej Fukushima podniesiono dopuszczalny próg napromieniowania produktów żywnościowych pochodzących z Japonii [6].

Co więcej, około 10 lat wcześniej normę tą już podniesiono 8 krotnie! Politycy unijni rozporządzeniem dot. dopuszczalnej ilości radioaktywności w pożywieniu (EU, Nr 297/2011), wydanym w trybie pilnym podwyższyli dopuszczalną normę radioaktywności w żywności z 600 do 12 500 bekereli na kilogram, a więc aż 25-krotnie.

 

Miałem sen…

Jednym słowem: reklama czy informacje na opakowaniach są po to, aby sprzedać produkt, konsument zaś w trosce o zdrowie swoje i swoich najbliższych powinien być świadomy i wyedukowany mając na uwadze zarówno wartości odżywcze zawarte w żywności jak i zawartość witamin i mikroelementów. Drugim kryterium wyboru powinna być nieszkodliwość żywności czy napojów pod względem zawartości pestycydów czy innych substancji zawartych tak w samym produkcie w celu konserwacji, nadania właściwej barwy czy konsystencji jak i zawartych jak i w opakowaniach (xenoestrogeny uwalniane z butelek PET) czy aluminiowych reagujących z kwaśnymi i zasadowymi produktami.

A teraz wyobraź sobie, albo raczej przypomnij, bo przecież dobrze to znasz:

Wchodzisz do sklepu, słyszysz przyjemną muzykę, widzisz ładnie podświetlony towar na półkach. Owoce i warzywa pięknie wyglądają, jak „z obrazka”. Na opakowaniu widzisz piękne zdjęcia lata, skąpanych w słońcu owoców na krzewach. Twój wzrok napotyka na napisy: bogate w takie i owakie witaminy, składniki mineralne. Ogarnia Cię poczucie, że jeśli je kupisz, Twoje życie będzie lepsze. I co zazwyczaj robisz? Kupujesz? A może myślisz o tym, że to tylko starannie wyreżyserowany spektakl, którego celem jest skłonienie się do podjęcia decyzji kupna?


Nie wdając się w to, jak do tej pory decydowałeś: Konsumencie, pilnuj się!

________________________

[1] Robert Cialdini, Wywieranie wpływu na ludzi, Gdańsk 2016.

[2] https://www.alkalicznystylzycia.com (dostęp: 08.09.2020).

[3] Żywność znajdująca się w Unijnym Rejestrze Genetycznie Zmodyfikowanej Żywności i Paszy może znajdować się na rynku Unii Europejskiej, w tym Polski, pod warunkiem, że jest oznakowana zgodnie z przepisami rozporządzenia (WE) nr 1829/2003.
Zgodnie z art. 13 ww. rozporządzenia, na etykiecie produktu spożywczego, który zawiera lub składa się z GMO, jest wyprodukowany lub zawiera składniki wyprodukowane z GMO powinna być zamieszczona jedna z następujących informacji:
„genetycznie zmodyfikowany”,
„wyprodukowany z genetycznie zmodyfikowanego (nazwa składnika)”,
„zawiera genetycznie zmodyfikowany (nazwa organizmu)”,
„zawiera (nazwa składnika) wyprodukowany z genetycznie zmodyfikowanego (nazwa organizmu)”.
Dla nieopakowanych jednostkowo produktów spożywczych, oferowanych konsumentowi końcowemu lub w miejscach zbiorowego żywienia (restauracjach, szpitalach, stołówkach itp.), informacja o tym, że dany produkt spożywczy jest genetycznie zmodyfikowany musi znajdować się przy produkcie w miejscu widocznym dla konsumenta.
Z obowiązku znakowania zwolnione są produkty zawierające GMO na poziomie nieprzekraczającym 0,9% (składników rozważanych osobno lub pojedynczego składnika) pod warunkiem, że obecność ta jest niezamierzona lub nieunikniona technicznie (w innym przypadku znakowanie jest obowiązkowe). W celu ustalenia, czy występowanie materiału GM jest przypadkowe lub nieuniknione technicznie, przedsiębiorca musi być w stanie przedstawić organom kontrolnym dowód, że zostały podjęte wszystkie właściwe kroki mające na celu uniknięcie występowania GMO w danym produkcie.
Źródło: gis.gov.pl.

[4] https://xebola.wordpress.com/2016/05/19/europarlamentarzysci-zbadali-swoj-mocz-na-zawartosc-roundupu/ (dostęp: 08.09.2020).

[5] http://foodrentgen.eu/pl/raport-kasze-jaglane (dostęp: 08.09.2020).

[6] https://www.salon24.pl/u/maciwoda/292824,uwaga-ue-w-trybie-pilnym-podwyzszyla-normy-promieniowania (dostęp: 08.09.2020).

lina

Wybory – Czy jest jeszcze zdrowa rywalizacja w polityce?

Wybory

Scena polityczna rozgrzała się dziś do czerwoności. Z reguły spory polityczne powinny prowadzić do konkluzji, do jakichś rozstrzygnięć, gdzie postawiona teza zostaje albo potwierdzona, albo obalona w wyniku politycznego dyskursu.

Chciało by się powiedzieć toczy się rywalizacja polityczna, a tymczasem mamy walkę polityczną.

Termin rywalizacja kojarzy się każdemu z jakimiś zasadami, regułami gry, gdzie wszyscy stosują się uczciwie i grają „fair play”.

Sam termin „walka” wywołuje dość jednoznaczne skojarzenia. Wzbudza od razu u czytelnika negatywne emocje, ponieważ w każdej walce ktoś musi ucierpieć, najczęściej są to strony walczące pomiędzy sobą, gdzie każda musi liczyć się ze stratami.

Na polskiej scenie politycznej w rzeczywistości jest prowadzona „wojna polityczna”. Ciśnie się tu od razu kolejne określenie, że jest to wojna pozycyjna. Władza będącą stroną tej walki, prowadzi ją w kontekście utrzymania się przy władzy i wywierania jak największego wpływu politycznego, dążąc do jej utrzymania.

Niemniej jednak, który obóz polityczny by nie zdobył większych wpływów, to i tak jest widoczny podział na: społeczeństwo i tych, którzy zdobyli władzę w mniejszym czy większym stopniu, starając się ją utrzymać.

Niektórzy politycy oficjalnie potrafią użyć słów: „kolejny raz ją zdobyliśmy i już jej nie oddamy”. Przykre jest to, że w dzisiejszych czasach padają tego typu teksty, gdzie również mówi się o demokracji.

Podobne wypowiedzi już padały w historii z ust ludzi o nie najlepszej reputacji politycznej np. W. Gomułki „Raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy” lub przez J. Goebbelsa „Jeśli zdobędziemy władzę, nie oddamy jej już nigdy, chyba że zostaniemy wyniesieni z naszych gabinetów jako trupy”.

Wojna pozycyjna” – to termin używany przede wszystkim w sztuce wojskowości. Odwołujący się głównie do czasów I Wojny Światowej, w której to walczące strony dążyły do utrzymania terenu, poprzez walki defensywne w oparciu o umocnienia inżynieryjne tj.: okopy, rowy, wały, zasieki, maskowanie itp.

W odniesieniu do w/w pojęć opisujących dzisiejszą politykę, widać dokładnie jak za wszelką cenę największe obozy polityczne dążą do utrzymania maksymalnych wpływów w instytucjach i na stanowiskach politycznych, łącznie z tym najwyższym, jakim jest Urząd Prezydenta Polski.

To wszystko po to, aby zachować jak największy wpływ na scenę polityczną przy roszadach personalnych lub po ponownym rozdaniu kart /czym są wybory/. Dziś coraz wyraźniej widać, że wybory są jedynie przegrupowaniem istniejących sił i nowym podziałem łupów w postaci wpływów politycznych, między tymi samymi obozami.

Od przemian pookrągłostołowych nic się nie zmienia w siłach biorących udział w polityce. Główne obozy polityczne przepoczwarzają się w inne zmieniając szyldy i nazwy, dokonując w ten sposób kamuflażu i trwają dalej przy władzy.

Nikt nie zauważa, że wewnątrz są ci sami ludzie, którzy od 1945 roku trzymają bat nad narodem. Dzielą między sobą wpływy i organizują wybory, aby nie dopuścić w sposób niekontrolowany nikogo i niczego nowego nad czym oni nie będą mieli kontroli.

Używając języka wojskowego, można powiedzieć, że maskowanie i kamuflaż mają opanowane perfekcyjnie.

 

Wybory 1989 - 2020

Rys. Ewolucja organizacyjna „Trzymających Władzę” pod coraz to nowymi szyldami w momentach utraty poparcia oraz pod przykrywką nowych haseł.

Mając niemal nieograniczony wpływ na tworzenie nowych narzędzi prawno-administracyjno-fiskalnych, największe obozy polityczne od lat tworzą zasieki nie do przeskoczenia przez mniejsze organizacje, ze względu na progi w postaci wymogów formalnych i ograniczeń czasowych. Dysponują również środkami finansowymi (dzięki czemu mogą prowadzić kampanię wyborczą o szerokim – nieosiągalnym dla mniejszych ugrupowań – zasięgu) oraz mediami (które najczęściej są nośnikiem propagandy obozu sprawującego władzę, również poza kalendarzem wyborczym).

Tak ustawiony system polityczno-administracyjny w kooperatywie z mediami w zasadzie uniemożliwia spontaniczne, oddolne powstanie nowych organizacji i uczestnictwo w życiu politycznym państwa.

W obecnej sytuacji przykładem wyboru czasu rozegrania decydującego boju o najwyższy urząd w państwie jest naciskanie, aby wybory prezydenckie nie zostały przesunięte pomimo pandemii, która wszystkich zaskoczyła i sparaliżowała wszelkie prace przygotowawcze do wyborów.

Jest to zastosowanie jednej z zasad ze sztuki wojennej, mówiącej o tym, że wybór dogodnego dla siebie terenu i czasu walki daje na starcie pewną przewagę nad przeciwnikiem.

Z jednej strony można to nazwać kreatywnością w działaniu, ale czy jest to fair play”. Przystępując do wyborów, wszyscy powinni mieć równe prawa, możliwość realnego dostosowania się do zasad gry i przedstawienia swoich racji, popartych argumentami.

Wybory na każdym szczeblu w państwie powinny być zdrową rywalizacją, a nie podstępną walką polityczną i ”udawanką”, że wszystko jest w porządku.

Tym czasem, gdy powinniśmy zająć się wszyscy walką z ogłoszoną pandemią, jaka by ona nie była, to rządzący udają, że każdy może prowadzić kampanię prezydencką, na równych zasadach.

Patrząc obiektywnie, mniejsze obozy polityczne praktycznie są wyłączone z wyborów. Wprowadzone zakazy i nakazy: kwarantanny domowej, utrzymywania odległości pomiędzy ludźmi, zakazy organizowania zgromadzeń, wyjść publicznych do lokali, uniemożliwiają spotkania i np. nawiązanie relacji bezpośrednich z potencjalnymi wyborcami. W/w ograniczenia swobód obywatelskich, utrudniają prowadzenie zbiórki podpisów w normalny sposób, a tym bardziej prowadzenie kampanii.

Za to obozy trzymające władzę nie muszą tak postępować. Im pasuje paraliż konkurentów przez tzw. „pandemię”. Wystarczy, że sami w mediach publicznych i głównego nurtu, będą przedstawiać swoich kandydatów, swoje zamówione sondaże itp. Wystarczy, że tylko będą o nich mówić, bez większej reklamy, a to wbija ludziom informację do głowy, między kim, a kim mają wybierać. Tak ukierunkowane przekazy medialne spowodują, że społeczeństwo nawet nie dowie się zbytnio o konkurentach władzy, którzy zostaną wymazani z życia mediów.

Obecny obóz rządzący podobnie zachował się w czasie wyborów parlamentarnych w 2019 roku, kiedy to wykorzystał swoją pozycję władzy wykonawczej skracając maksymalnie kalendarz wyborczy.

Oczywiście było to zgodne z prawem, jednak w tym wszystkim jest pewne „ale”, świadczące o mniej lub bardziej świadomym nadużyciu władzy, na swoją korzyść. Nic nie wskazywało na to, że czas wyborczy musiał być tak skrócony.

Ustalenie minimalnego czasu na prowadzenie kampanii wyborczej znacznie zmniejszyło szanse na sprostanie wszystkim wymogom wyborczym, głównie przez mniejsze organizacje.

Według ustawionego prawa na podstawie Art. 98. Konstytucji Rzeczpospolitej i Art. 194. § 1. Kodeksu Wyborczego:

Wybory do Sejmu zarządza Prezydent Rzeczypospolitej w drodze postanowienia, nie później niż na 90 dni przed upływem 4 lat od rozpoczęcia kadencji Sejmu, wyznaczając wybory na dzień wolny od pracy, przypadający w ciągu 30 dni przed upływem 4 lat od rozpoczęcia kadencji Sejmu. Postanowienie Prezydenta Rzeczypospolitej podaje się do publicznej wiadomości w Biuletynie Informacji Publicznej i ogłasza w Dzienniku Ustaw Rzeczypospolitej Polskiej najpóźniej w 5 dniu od dnia zarządzenia wyborów.

Na uwagę zasługuje fakt, że nie jest określone, ile wcześniej może prezydent ogłosić wybory niż owe 90 dni, jako najpóźniejszy termin ogłoszenia wyborów. Wobec powyższego mówiąc poprawnie politycznie, prezydent nie musi czekać do ostatecznego terminu ogłoszenia wyborów chyba, że jest to gra wojny informacyjnej i celowego oddziaływania na organizację kampanii, aby cały obieg informacji i czynności kampanijnych spiętrzył się do granic możliwości organizacyjnych ugrupowań, chcących wziąć udział w wyborach.

Dobrym przykładem nie ograniczania możliwości kampanijnych chcącym wziąć udział w wyborach, był rok wyborczy 2005. Wówczas wybory ogłoszone zostały 23 maja, a odbyły się 25 września. Jest to dobry przykład, jak powinno stosować się główne ramy do kalendarza wyborczego, dając w ten sposób równe szanse wszystkim pod względem czasowym.

Niestety rok wyborczy 2019 pod rządami obozu PiS pokazał całkowicie odwrotną tendencję do maksymalnego ograniczenia czasu na kampanię wyborczą. Kadencja sejmu upływała 12 listopada 2019, więc ostateczny termin ogłoszenia wyborów upływał na 11 sierpnia, natomiast prezydent ogłosił wybory 6 sierpnia informując słownie, że się odbędą 13 października, co jeszcze nie uprawniało do rozpoczęcia kampanii wyborczej.

Formalnie zgodnie z prawem można rozpocząć kampanię wyborczą po ukazaniu się postanowienia prezydenta w dzienniku ustaw.

Dz.U. Poz. 1506 został „teoretycznie” napisany 9 sierpnia w piątek /czyli zgodnie z prawem 3 dni od ogłoszenia przez prezydenta/, w którym zawarto postanowienie prezydenta o wyborach. Praktycznie dziennik ustaw ukazał się dopiero po weekendzie w poniedziałek 12 sierpnia, w godzinach popołudniowych. Od tego czasu można było oficjalnie zgodnie z prawem przystąpić do prowadzenia kampanii wyborczych.

Powyższy przykład świadczy o manipulacji informacją, a w zasadzie umieszczaniem jej w czasoprzestrzeni w taki sposób, aby narzucone ramy czasowe ustanowione prawem dokonały reszty, czyli w tym przypadku ograniczyły maksymalnie możliwości konkurentów obozu trzymającego władzę.

W 2011 roku było podobnie, ponieważ wybory parlamentarne ogłoszono 4 sierpnia, a przeprowadzono 9 października /Czyli najpóźniej nastąpiło ogłoszenie wyborów i najwcześniejsze ich przeprowadzenie. Biorąc pod uwagę fakt kończenia się kadencji sejmu po 4 lach – 5 listopada, w ten sposób skrócono okres kampanii maksymalnie. Było to za czasów rządzącego obozu politycznego – PO/.

Natomiast w 2007 roku było najgorzej, ponieważ wybory parlamentarne zostały ogłoszone 7 września, a odbyły się 21 października.
W tym przypadku zadziałały dodatkowo decyzje o wcześniejszym rozwiązaniu sejmu, gdzie terminy mogą być jeszcze krótsze. Zajścia tego typu, powinny być tylko w wyjątkowych stanach Niestety tak nie było, ponieważ partia rządząca w koalicji /PiS/ chciała rządzić sama. W ten sposób rozwiązując sejm kosztem utraty poparcia pozbyto się wpływów dwóch organizacji: LPR i Samoobrony.

W przypadku skrócenia kadencyjności sejmu ustanowione prawo w Art. 98. Konstytucji Rzeczpospolitej pkt. 5, reguluje postępowanie w następujący sposób:

Prezydent Rzeczypospolitej, zarządzając skrócenie kadencji Sejmu, zarządza jednocześnie wybory do Sejmu i Senatu i wyznacza ich datę na dzień przypadający nie później niż w ciągu 45 dni od dnia zarządzenia skrócenia kadencji Sejmu.

Jak widać i w takim przypadku, jest tylko określony najpóźniejszy termin ogłoszenia wyborów parlamentarnych, co nie znaczy, że nie może być wcześniejsze ogłoszenie wyborów.

Analizując ostatnie kadencje sejmu widać, że sztuka manipulacji kalendarzem wyborczym została opanowana perfekcyjnie przez rządzące obozy polityczne z nastawieniem na maksymalne ograniczenia czasowe prowadzenia kampanii wyborczych.

Jeśli chodzi o wybory Prezydenta Rzeczpospolitej, terminy wyborów są bardziej znormalizowane, ale i bardziej rozciągnięte w czasie, co określają następujące akty prawne:

Art. 128. Konstytucji Rzeczpospolitej:

pkt. 1. Kadencja Prezydenta Rzeczypospolitej rozpoczyna się w dniu objęcia przez niego urzędu.

pkt. 2. Wybory Prezydenta Rzeczypospolitej zarządza Marszałek Sejmu na dzień przypadający nie wcześniej niż na 100 dni i nie później niż na 75 dni przed upływem kadencji urzędującego Prezydenta Rzeczypospolitej, a w razie opróżnienia urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej – nie później niż w czternastym dniu po opróżnieniu urzędu, wyznaczając datę wyborów na dzień wolny od pracy przypadający w ciągu 60 dni od dnia zarządzenia wyborów.

oraz Art. 127. Konstytucji Rzeczpospolitej:

pkt. 7. Zasady i tryb zgłaszania kandydatów i przeprowadzania wyborów oraz warunki ważności wyboru Prezydenta Rzeczypospolitej określa ustawa.

oraz Art. 289. Dz.U. 2020 poz 184 z dn. 5 lutego 2020 roku:

§ 1. Wybory zarządza Marszałek Sejmu nie wcześniej niż na 7 miesięcy i nie później niż na 6 miesięcy przed upływem kadencji urzędującego Prezydenta Rzeczypospolitej i wyznacza ich datę na dzień wolny od pracy przypadający nie wcześniej niż na 100 dni i nie później niż na 75 dni przed upływem kadencji urzędującego Prezydenta Rzeczypospolitej.

Porównując rzeczywisty bieg wydarzeń do panującego prawa należy wyjść z terminu w jakim upływa kadencja prezydencka, a jest to 6 sierpnia 2020 roku. Wobec powyższego wybory muszą odbyć się pomiędzy 22 maja, a 27 kwietnia. Ogłoszono je na 10 maja, więc w samym środku terminu ustawowego. Akurat przy tych wyborach nie ma to większego wpływu.

Postanowienie o wyborach prezydenta zostało ogłoszone 5 lutego i podjęte tego samego dnia.

Porównując do ostatnich wyborów parlamentarnych, wtedy nie można było ogłosić od razu, a teraz tak, gdy nie ma tak odczuwalnych ograniczeń czasowych. Oczywiście tylko aroganccy przedstawiciele władzy powiedzą, że nie było manipulacji informacją w czasie, aby wywrzeć pewne presje w postaci braku czasu.

Analizując ustanowione prawo, najwcześniej można było ogłosić wybory na prezydenta 7 stycznia, a najpóźniej na 17 maja 2020 r.

Z powyższego wynika, że ogłoszono je praktycznie w ostatni dzień, możliwego terminu do ogłoszenia, ponieważ 7 lutego był ostatnim dniem.

Jak widać z przepisów i faktów, trzymając władzę można ją nieformalnie wykorzystywać w granicach prawa na korzyść innych.

W tym natłoku informacji w postaci aktów prawnych i faktów warto przypomnieć:

Art. 127. Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej określa:

pkt. 1 Prezydent Rzeczypospolitej jest wybierany przez Naród w wyborach powszechnych, równych, bezpośrednich i w głosowaniu tajnym.

Art. 96. Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej określa:

pkt. 2. Wybory do Sejmu są powszechne, równe, bezpośrednie i proporcjonalne oraz odbywają się w głosowaniu tajnym.

Art. 97. Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej określa:

pkt. 2. Wybory do Senatu są powszechne, bezpośrednie i odbywają się w głosowaniu tajnym. – /tylko tu zabrakło słowa równe, przyjmijmy to nie jako manipulację, ale małe zapomnienie, no chyba, że stopniowo, ktoś chce usunąć zapis o równości wyborów/

Analizując prawo ustanowione i jego stosowanie w rzeczywistości, można mieć wiele zastrzeżeń co do równości wyborów, nie wspominając już o zachowaniu się fair play”.

Obozom trzymającym władzę są na rękę postępowania, które ograniczają zdolność konkurentów. Wystarczy, że sami w mediach publicznych i głównego nurtu będą przedstawiać swoich kandydatów, swoje zamówione sondaże przemilczając jednocześnie te, które są sprzeczne z ich oczekiwaniami.

Niepełne kreowanie obrazu rzeczywistości, to specyficzny rodzaj propagandy i manipulacji, który przez fachowców traktowany jest, jako jedna z podstawowych metod prowadzenia wojny informacyjnej.

Rywalizacja w polityce powinna polegać na przedstawianiu argumentów w postaci faktów, w tym programów i wszelkich decyzji podejmowanych na podstawie rzetelnych badań, a nie jedynie – często jednostronnych – opinii tzw. autorytetów (zazwyczaj mianowanych wg klucza partyjnego lub przez zewnętrznego organizatora), których twierdzeń praktycznie nikt nie dowodzi.

O tym, że programy i decyzje powinny być nastawione dla dobra społeczno-gospodarczego Polski, nie wypada nawet pisać, ale trzeba, gdyż wychodzi, na to, że ci co powinni nas reprezentować (czyli obozy polityczne trzymające władzę) działają w większości przypadków dla dobra pewnych grup, bliżej nie identyfikując się z nimi na zewnątrz.

W czasie obecnych walk politycznych, już mało kto może pochwalić się podsumowaniem tego, co udało mu się zrobić dla dobra ojczyzny i narodu polskiego, a tym bardziej, co poświęcił w służbie dla Polski.

Stawiając pytanie: „co poświęcił polityk”, to już nieadekwatny zwrot w dzisiejszych czasach, bo przecież wszyscy politycy już tylko pracują, a pracuje się dla korzyści, czyli dla zaspokojenia potrzeb materialnych.

Jest to pewnego rodzaju wypaczenie, ponieważ politycy ubiegający się o różne stanowiska, często patrzą w pierwszej kolejności na korzyści finansowe i pozycję w społeczeństwie, tylko ilu z nich przyzna się do tego?

W zasadzie nie muszą przyznawać się, ponieważ dobry obserwator sam dostrzeże, jakie apanaże przyznaje sobie sama klasa polityczna, gdzie szczytem warcholstwa jest przyznawanie w różnych resortach nagród pieniężnych, gdy ludzie masowo bankrutują i tracą pracę z powodu przestojów związanych z ogłoszoną pandemią.

Realne osiągnięcia wypadałoby przedstawić i podać społeczeństwu pod ocenę, a tym bardziej, gdy głowa państwa ponownie ubiega się o stanowisko Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej.

Tymczasem wychodzi na to, że lepiej bezczynnie ukrywać się w cieniu pandemii. Złośliwi mówią, że ubiegający się o reelekcję miał dużo pracy, bo musiał wszystko podpisać i ponoć podpisał, a w międzyczasie musiał zajmować się innymi sprawami, jak obdarowywanie innych kosztem narodu polskiego – np. przez zbycie się części obszaru Polski.

W czasie wyborów społeczeństwo powinno mieć realny wybór, jakościowy, a nie ilościowy w dodatku ze wskazaniem na określone grupy dominujące.

Dziś wielkiego wyboru pod względem jakości nie widać na horyzoncie wyborów ogłoszonych na 10-go maja 2020 roku, ponieważ wszystkie mniejsze obozy zostały odcięte i sparaliżowane w działaniu, choć nie ma ogłoszonego stanu wyjątkowego.

Niestety dzisiejsza polityka nie charakteryzuje się serwowaniem pomysłów, które byłyby tworzone i wdrażane w życie dla korzyści Polski i polskiego społeczeństwa.

Dostrzec można jedynie pomysły w kreowaniu coraz to nowszych zakazów, nakazów i wprowadzaniu skomplikowanych procedur, aby przypadkiem nikt nie odebrał władzy tym, którzy ją trzymają.

Skierowany nakaz do Poczty Polskiej przez premiera, aby przygotowała się do wyborów korespondencyjnych, to nic innego, jak wykorzystanie instytucji państwa do rozgrywek politycznych, by utrzymać kontrolę nad najwyższą funkcją w państwie polskim.

Sytuacja w dobie pandemii paraliżuje wszystkich, ale rządzący mają czelność wykorzystać państwowe instytucje, na swoją korzyść, bo usilnie chcą tu i teraz przeprowadzić wybory, gdyż mają świadomość, że w dłuższej perspektywie najprawdopodobniej utracą poparcie, którym jeszcze dysponują.

Dlaczego obóz rządzący traci poparcie?

Ponieważ pogłębiający się kryzys ukazał faktyczny stan i zdolności polskiej gospodarki do zaspokajania potrzeb Polaków w podstawowe środki np. ochronne tj.: rękawiczki i maseczki. Ich deficyt jest obnażeniem słabości gospodarczej, gdyż nie są to skomplikowane artykuły w produkcji.

Niejasność procedur i obietnic – informacji komu i kiedy zostanie udzielone wsparcie – coraz bardziej rozdrażnia przedsiębiorców, ponieważ stoją na skraju bankructwa i nie wiedzą, jakie działania podejmować.

Powściągliwość rządzących (a raczej bezradność, bierność oraz działanie na niekorzyść tych, którzy w istotnym stopniu zasilają budżet państwa) dyskredytuje ich bezpowrotnie, gdyż nie będzie to krótki epizod w ich losach, jako pokrzywdzonych przedsiębiorców i pracowników, a raczej dramat ciągnący się przez dłuższy okres życia.

Gdzie w tym wszystkim jest demokracja? Gdzie nieskrępowane czynne prawo wyboru? Pytanie o bierne prawo wyboru jest zbyteczne, gdyż można powiedzieć, że funkcjonuje ono już tylko jako tzw. prawda formalna – na papierze – a ci, którzy jeszcze próbują z niego skorzystać, wykonują syzyfową pracę.

Jak w sposób uczciwy mniejsze organizacje mogą stanąć do rywalizacji z dużymi, które „jadą na dopalaczach”. Dopalaczami jest tu możliwość niemal nieskrępowanego sięgania po publiczne pieniądze, które zasilają ich konta -np. w postaci zwrotów kosztów za wybory, subwencji (w zależności od otrzymanego poparcia), jak i wsparcia na różnego rodzaju koła poselskie. O innych, nieformalnych zależnościach nie można mówić, gdy nie ma się dowodów (co nie jest równoznaczne z tym, że nie istnieją).

Rodzi się więc pytanie, jak początkująca organizacja miałaby stanąć uczciwie z uplasowanymi na swej pozycji rywalami? Czy w ogóle możemy mówić o równości sił? Raczej nie. Jednak przestrzegania zasad „fair play” powinniśmy się dopominać.

Czy dzisiejszy świat polityki potrafi jeszcze uczciwie dyskutować na argumenty, bez niedopowiedzeń, a tym bardziej bez tzw. „fejków”.

Jako organizacja Normalny Kraj uważamy, że nie, ponieważ Polacy nie posiadają odpowiedniej wiedzy na temat tego, co się dzieje w kraju, a przede wszystkim, dlaczego tak się dzieje.

Brak właściwie pełnionej misji mediów oraz zmiana stylu bycia i życia, zepchnęły najistotniejsze rzeczy tj.: naród, państwo, etykę, dobro, prawdę i piękno na dalsze pozycje. Głębsza analiza mająca na celu zrozumienie rzeczywistości traktowana jest po macoszemu, gdyż nie ma na to czasu. Chciwość wynikająca z chęci przeżycia coraz to większych ekscesów wytwarza swoistą gonitwę za nowymi formami hedonizmu, najczęściej za dekadencką oraz próżną rozrywką, nie niosącą ze sobą niczego wartościowego, jak i ambitnych wyzwań.

Aktualny brak prawdziwego wyboru pomiędzy kandydatami w różnych wyborach, ograniczania swobody w prowadzeniu kampanii, manipulacja informacjami i organizacją wyborów oraz nieprzedstawianie wszystkich faktów sprowadza się do tego, że wyborcy praktycznie idą tylko zatwierdzić to, co im zarekomendowano, urabiając ich uprzednio odpowiednią papką propagandową.

Od dekad jesteśmy uczestnikami wojny domowej w naszym kraju.

Dokładnie rzecz ujmując, w życiu politycznym i naszej świadomości prowadzona jest wojna informacyjna, gdzie faktami manipuluje się w taki sposób, aby zniewolić społeczeństwo. Definicja wojny informacyjnej trywialnie to ujmuje, że jest to rodzaj wojny, który sprowadza się do takiego otumanienia ludzi, żeby sami – z własnej woli – wpakowali karki w jarzmo z przekonaniem, że jest to w ich najlepszym interesie.

Jest to pewna forma niewolnictwa, w wyniku której powstają swego rodzaju „informacyjne kije” na społeczeństwo. Informowanie o karach grożących za nieoddanie kart do głosowania – to groźba, którą zmusza się współczesnych niewolników do urzeczywistnienia legalizacji władzy.

Skoro propaganda rządzących jest coraz mniej skuteczna w oddziaływaniu na liczną część społeczeństwa, która wybudza się z letargu, zmieniono metodę sterowania na presję strachu, która może przerodzić się w fizyczne działania.

Na koniec pozostaje zadać retoryczne pytanie: gdzie jest wolność informacyjna i fizyczna? Żeby być wolnym człowiekiem trzeba mieć jedną i drugą, bo jeśli nie, to jak w krótkiej historii, brak jednego, czy drugiego prowadzi do niewolnictwa:

Kali palnąć kogoś maczugą i zabrać jego krowy, doprowadzi do tego, że nie będziesz miał nic, czy nawet jak Kali przekonać kogoś, żeby sam mu przyprowadził swoje krowy, to też nie będziesz mieć nic, a gdy nie masz nic to umierasz lub godzisz się na wszystko, co Kali Ci zaoferuje za niewolniczą pracę, np. miskę ryżu.

0 - mapka

Nie oddamy ani guzika!

“W cieniu pandemii Prezydent Andrzej Duda marzy o reelekcji,

za ofiarność dla innych.”

Przez długi czas Polskę nie napotkała tak wielka sytuacja kryzysowa, jak ta obecnie. W tym ciężkim czasie naród polski ponosi ofiary w walce z pandemią choroby COVID-19.

Zagrożeniem rozwijania się zarażeń koronawirusem /SARS-CoV2/ sparaliżowało wszelką działalność państwa i społeczeństwa.

Padają kolejne ofiary pandemii, ale nie tak dawno, gdy w poprzednim roku 2019 wydawało się, że nie ma żadnych stanów nadzwyczajnych, zapowiedzi rządu hipnotyzowały, że polska gospodarka ma się dobrze, Prezydent Andrzej Duda poświęcił część naszego kraju bezpowrotnie.

Nie było to poświęcenie związane z obrządkiem religijnym, ale na pewno była to ofiara, tylko kogo dla kogo?

Zostało ona złożona w ciszy i spokoju. Zapowiedzi rządzących uspakajały, brak nerwowych zachowań na rynkach pracy i sielankowe programy telewizyjne uśpiły czujność społeczeństwa, które nie wie, co się stało. Natomiast w obecnym roku 2020 wszyscy jesteśmy zajęci już pandemią koronawirusa i nikt nie ma czasu, aby zająć się wyjaśnieniem tego, jak poniosło polskie społeczeństwo cichą ofiarę w ubiegłym roku, bo dziś ponosimy już kolejne.

Nie oddamy nawet guzika” – to słowa Marszałka Rydza Śmigłego z 1935 roku wypowiedziane w obliczu groźby wojny.

Dziś w podobnym tonie wypowiadają się współcześni politycy, chciałoby się rzec, ludzie zajmujący najwyższe stanowiska w państwie polskim. Dziś podobnie, jak wówczas, skutki takiego braku politycznej stanowczości okazują się być opłakane.

Dotyczy to zarówno stanowiska rządu polskiego wobec ustawy IPN, amerykańskiej ustawy 447, jak i wprowadzania reform systemu sprawiedliwości. Okazuje się, że takie pustosłowie, a wręcz zdrada dotyczy nie tylko obszaru samej polityki, ale już samego terytorium Rzeczpospolitej i jej majątku.

Rząd tzw. „polski”, w skryty sposób dopuszcza się najgorszej zdrady interesów Państwa polskiego i pozbywa się ogromnych obszarów na rzecz obcych państw.

Straciliśmy coś większego niż guzik i wcale nie jest to mała część naszego terytorium, bo aż 2880 km2 obszaru morza, o czym inne kraje mogą tylko pomarzyć.

Dopuszczenie do pomniejszenia terytorium Polski o 2890 km2 na korzyść innego państwa, w czasie tzw. „pokoju”, to nie lada wyczyn, a raczej brak odpowiedzialności politycznej, bo działanie na korzyść innych podmiotów zewnętrznych zawsze łączy się ze zdradą.

Wszystkim pokój kojarzy się z brakiem działań zbrojnych. Choć dziś ich nie ma, to nie można mówić o pokoju. Pomimo, że nie prowadzimy otwartej wojny o charakterze militarnym, to jest ona prowadzona na różnych płaszczyznach, politycznej, gospodarczej, informacyjnej, kulturowej i wielu, wielu innych.

W zasadzie w każdej dziedzinie, jaką określimy, może być prowadzona wojna poprzez oddziaływanie informacyjne, aż do materialnego włącznie, które najczęściej jest kojarzone z wojną, ale sam konflikt militarny występuje najczęściej w końcowych fazach.

Czy jakąkolwiek wojnę w ogóle prowadzimy w wymiarze informacyjnym, jako kraj? To już oddzielne pytanie, bo na razie sądząc po skutkach działań, przede wszystkim politycznych, nie widać, aby politycy kierowali się interesem narodowym Polski i Polaków, a raczej interesem innych krajów lub narodowości!

W 2019 roku, nie prowadząc wojny militarnej straciliśmy, jako kraj 2880 km2 obszaru morza na korzyść Danii. Jeśli już było to konieczne, to każde takie działanie powinno zostać w jakiś sposób zrównoważone innymi korzyściami, oczywiście na rzecz Polski.

Niestety takowych nie można się dopatrzyć, dlatego rodzą się racjonalne pytania, dlaczego praktycznie w zaciszu polityki i wyciszonych mediach na ten temat odbył się ten akt darowizny, a w zasadzie proceder polityczny z działaniem na szkodę państwa polskiego.

Polacy zawsze czuli przywiązanie do swojego kraju, żyjąc w nim oraz będąc nawet na obczyźnie. Walczyli za nasz kraj, by nigdy nie przepadł, by nie oddać żadnej części jego terytorium, zawsze bohatersko z honorem i uporem walczyli o naszą ojczyznę, wykazując w ten sposób swoje przywiązanie do swojego Państwa.

Tracąc niejednokrotnie część naszego terytorium najczęściej była to nasza wina, spowodowana przede wszystkim złym kierowaniem państwem, a u zwykłych obywateli brakiem zainteresowania ojczyzną, a w szczególności tym, co poczynają sprawujący władzę w kraju.

Prywatę i chęć własnych zysków można przypisać dodatkowo tym drugim, a kompletną ignorancję i chełpienie się tym, co było kiedyś, że potrafimy to, czy tamto, że Polacy potrafią się zjednoczyć, utrzymać kraj, być dzielnymi i bohaterskimi oraz jacy to my nie jesteśmy mądrzy i pomysłowi, tym pierwszym.

Szkoda, że z tą mądrością, jest jak w starym powiedzeniu: Polak mądry, ale po szkodzie. A może już dość tych szkód narobiono nam w kraju i czas zmądrzeć?

Nie zawsze ta nasza mądrość była na najlepszym poziomie, gdyż nie raz z własnej winy, jako obywatele polscy straciliśmy część terytorium kraju, a nawet i cały kraj.

Owszem zawsze sprzyjały temu siły zewnętrzne, ale nie upatrujmy winy u innych, lecz przede wszystkim u siebie.

Dziś mamy podobną sytuację.

Terytorium naszego kraju zmniejszyło się o 2880 km2. Jest, to bardzo duży obszar i nie było to spowodowane bynajmniej naturalnymi zjawiskami przyrodniczymi.

W wyniku długotrwałego procesu przygotowującego, zapoczątkowano przekazanie terytorium części kraju za granicę.

Czterdziestoletni spór Polska-Dania został zażegnany na niekorzyść Polski.

Jak to się stało? A no dobroduszni tzw. polscy politycy doprowadzili do sformalizowania całego przedsięwzięcia w następujących dokumentach:

Oficjalnie 19 listopada 2018 r. w Brukseli została podpisana:


Umowa

między Rzecząpospolitą Polską, a Królestwem Danii

w sprawie rozgraniczenia obszarów morskich na Morzu Bałtyckim.

Najważniejsze treści w/w umowy:

Kierując się pragnieniem pogłębiania i dalszego polepszania dobrosąsiedzkich i sojuszniczych stosunków, jak również pragnąc rozstrzygnąć w umowie międzynarodowej, zgodnie z artykułem 74 ustęp 1 oraz artykułem 83 ustęp 1 Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 10 grudnia 1982 roku, a także uwzględniając istotne w tym zakresie orzecznictwo sądów międzynarodowych, sprawę delimitacji obszaru, w którym nakładają się na siebie roszczenia Stron, uzgodniły, co następuje:

Artykuł 1

Granica między wyłącznymi strefami ekonomicznymi i szelfami kontynentalnymi Stron przebiega po liniach prostych (liniach geodezyjnych) łączących następujące punkty: /uwaga do w/w artykułu – tu dalej są podane współrzędne geograficzne, które są najmniej istotne w rozważaniach. Ważnym jest jednak, że po wyznaczeniu powyższych punktów z obszaru spornego 3600km2 zostało oddane 80% czyli 2880 km2 na rzecz Danii./

Artykuł  2

Jeżeli zostanie ustalone, że złoże zasobów mineralnych na dnie lub w podziemiu morskim rozciąga się po obydwu stronach granicy w taki sposób, że złoże jednej ze Stron jest w całości lub części możliwe do eksploatacji z morskiego obszaru drugiej Strony, Strony są zobowiązane do podjęcia konsultacji i dołożenia starań w celu osiągnięcia porozumienia dotyczącego eksploatacji przedmiotowego złoża. /uwaga do w/w artykułu – jest to bardzo ogólnie napisany punkt umowy, ale jakże niekorzystnie dla Polski, gdyż przesuwając granicę na rzecz Danii, może okazać się, że tracimy złoża, a nawet możliwość ich wydobycia i to my możemy iść w łaski, jako ten wcześniej dobroduszny sąsiad, a kraj Danii zdobywając nowe złoża może dalej upominać się o umożliwienie ich eksploatacji np. z naszego terytorium/.


Inne punkty umowy są mniej ważne, gdyż tyle nie wnoszą, a raczej nie szkodzą interesom Polski, jedynie je formalizują.

Kolejnym bardzo ważnym dokumentem było sporządzenie aktów prawnych upoważniających prezydenta Polski do ratyfikowania w/w umowy, a mianowicie:


USTAWY

z dnia 21 lutego 2019 r.

o ratyfikacji Umowy między Rzecząpospolitą Polską a Królestwem Danii

w sprawie rozgraniczenia obszarów morskich na Morzu Bałtyckim,

podpisanej w Brukseli dnia 19 listopada 2018 r.

Art.  1. 

Wyraża się zgodę na dokonanie przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej ratyfikacji Umowy między Rzecząpospolitą Polską a Królestwem Danii w sprawie rozgraniczenia obszarów morskich na Morzu Bałtyckim, podpisanej w Brukseli dnia 19 listopada 2018 r.

Art.  2. 

Ustawa wchodzi w życie po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia.


Jakże krótka treść w/w ustawy, ale dająca upoważnienie sejmu dla prezydenta w bardzo ważnej sprawie, bez żadnego referendum i dialogu ze społeczeństwem, gdyż w takiej sprawie powinno odbyć się referendum w kraju, a obywatele zostali najzwyczajniej pominięci. Tylko dwa punkty ustawy upoważniły człowieka zajmującego stanowisko prezydenta Polski do zbycia się części terytorium Polski na korzyść innego państwa, w tym przypadku Danii.

Po daniu zgody przez sejm człowiekowi zajmującemu stanowisko prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej, podpisał on umowę opatrując dokument pieczęcią państwową, co zawarto w kolejnym dokumencie prawnym:


Dania-Polska. Umowa w sprawie rozgraniczenia obszarów morskich na Morzu Bałtyckim. Bruksela.2018.11.19.

Dziennik Ustaw

Dz.U.2019.1240

Akt obowiązujący

Wersja od: 28 czerwca 2019 r.

UMOWA

między Rzecząpospolitą Polską a Królestwem Danii w sprawie rozgraniczenia obszarów morskich na Morzu Bałtyckim,

podpisana w Brukseli dnia 19 listopada 2018 r.

W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej

PREZYDENT RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

podaje do powszechnej wiadomości:

Dnia 19 listopada 2018 r. w Brukseli została podpisana Umowa między Rzecząpospolitą Polską a Królestwem Danii w sprawie rozgraniczenia obszarów morskich na Morzu Bałtyckim, w następującym brzmieniu:

Umowa między Rzecząpospolitą Polską a Królestwem Danii w sprawie rozgraniczenia obszarów morskich na Morzu Bałtyckim

Rzeczpospolita Polska i Królestwo Danii,

zwane dalej “Stronami”,

kierując się pragnieniem pogłębiania i dalszego polepszania dobrosąsiedzkich i sojuszniczych stosunków,

jak również pragnąc rozstrzygnąć w umowie międzynarodowej, zgodnie z artykułem 74 ustęp 1 oraz artykułem 83 ustęp 1 Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 10 grudnia 1982 roku, a także uwzględniając istotne w tym zakresie orzecznictwo sądów międzynarodowych, sprawę delimitacji obszaru, w którym nakładają się na siebie roszczenia Stron,

uzgodniły, co następuje:

/dalej treści są jak w umowie podpisanej przez MSZ w Brukseli/

ZAŁĄCZNIK

wzór

Po zaznajomieniu się z powyższą umową, w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej oświadczam, że:

– została ona uznana za słuszną zarówno w całości, jak i każde z postanowień w niej zawartych,

– jest przyjęta, ratyfikowana i potwierdzona,

– będzie niezmiennie zachowywana.

Na dowód czego wydany został akt niniejszy, opatrzony pieczęcią Rzeczypospolitej Polskiej.

Dano w Warszawie dnia 25 maja 2019 r.


Nam obywatelom Polski pozostało jedynie zapoznać się z tym co uczynili tzw. nasi politycy, nas reprezentujący, a jak, to już widać po ich owocach.

Dopełniając formalności podano informację o tym co dokonano w poniższym dokumencie:


Moc obowiązująca

Umowy między Rzecząpospolitą Polską a Królestwem Danii

w sprawie rozgraniczenia obszarów morskich na Morzu Bałtyckim, podpisanej w Brukseli dnia 19 listopada 2018 r.

Dziennik Ustaw

Dz.U.2019.1241

Akt jednorazowy

Wersja od: 4 lipca 2019 r.

OŚWIADCZENIE RZĄDOWE

z dnia 12 czerwca 2019 r.

w sprawie mocy obowiązującej Umowy między Rzecząpospolitą Polską a Królestwem Danii w sprawie rozgraniczenia obszarów morskich na Morzu Bałtyckim, podpisanej w Brukseli dnia 19 listopada 2018 r.

Podaje się niniejszym do wiadomości, że na podstawie ustawy z dnia 21 lutego 2019 r. o ratyfikacji Umowy między Rzecząpospolitą Polską a Królestwem Danii w sprawie rozgraniczenia obszarów morskich na Morzu Bałtyckim, podpisanej w Brukseli dnia 19 listopada 2018 r. (Dz. U. poz. 567) Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej dnia 25 maja 2019 r. ratyfikował wyżej wymienioną umowę.

Zgodnie z art. 4 umowy wchodzi ona w życie dnia 28 czerwca 2019 r.

Dokumenty Powiązane

Dania-Polska. Umowa w sprawie rozgraniczenia obszarów morskich na Morzu Bałtyckim. Bruksela.2018.11.19.


Dziwną rzeczą stało się, że tak ważne przedsięwzięcie, jak zbycie się części terytorium na rzecz innego kraju, odbyło się w tak cichy sposób bez większego oddźwięku w mediach oraz braku nagłaśniania tejże sprawy przez polityków zajmujących główne stanowiska w Polsce.

Czyżbyśmy mieli powtórkę z historii, że z powrotem staliśmy się społeczeństwem nie interesujących się losami naszego kraju, a nawet można powiedzieć nas samych?

Oddanie znacznej części kraju na rzecz innego kraju to nie jest małe wydarzenie, gdyż sama rozciągłość czasowa zespołu przedsięwzięć towarzyszących od momentu przygotowania rozmów mediacyjnych przygotowujących dokumenty za granicą i w kraju trwała miesiącami, a nawet można powiedzieć latami, a o finalnej sprawie, jak było cicho, tak jest po dziś dzień cisza.


O ile można by rzec, że było to postępowanie szlachetne w związku z niesprawiedliwym podziałem terytoriów po II wojnie światowej, to przynajmniej można było zrobić z tego użytek medialny, jacy to my jesteśmy Polacy, poprawiając w ten sposób nasz wizerunek w Europie i na świecie.

Niestety, nawet tego nie uczyniono, więc oprócz strat materialnych, jakie ponieśliśmy, nawet nie było nas stać na wybieg medialno-wizerunkowy.

Zrzeczenia się części terytorium kraju na rzecz innego powinno być w normalnym działaniu zakończone wynikiem plusów i minusów takowego przedsięwzięcia. Niestety w całym tym akcie darowizny nie można się dopatrzeć plusów, ale aż nadto widoczne są jedynie same straty i to nie tylko w wymiarze materialnym.


Dokonując bilansu zysków i strat takowego przedsięwzięcia, jak zbycie części obszaru akwenu morskiego przez Polskę, można dopatrzyć się jedynie samych strat, a mianowicie, co straciliśmy:

  • część obszaru wpływów na Morzu Bałtyckim pod względem politycznym, gospodarczym, komunikacyjnym, a tym samym zawężono możliwości działania w przyszłości tego co jest wiadome w oczekiwaniach, jak i tych potrzeb które w przyszłości mogą nastąpić,

  • część obszaru do połowu ryb dla polskiego rybołówstwa, które już i tak przechodzi nie jeden kryzys,

  • niezbadane złoża na dnie oddanego akwenu zostaje wielką niewiadomą, a w przypadku ich odnalezienia skonstruowanie umowy w tak niekorzystny sposób dla Polski, może spowodować, że kolejna strefa wpływów zostanie przesunięta oczywiście w kierunku Polski – patrz art.2 Umowy Polska-Dania z dn. 19 listopada 2019 roku/,

  • nie wykorzystanie aktu darowizny w sposób medialny, opisujący jakim jesteśmy dobrodusznym narodem wobec sąsiadów, aby poprawić swój wizerunek, staje się także haniebnym zaniechaniem, ponieważ świadczy to o słabości państwa i może być w przyszłości zachętą dla innych do kierowania podobnych roszczeń lub podstępnych knowań w celu osłabienia Polski.



Jak dużo straciliśmy?

2880 km2, jako sama liczba jest mało wymowna, więc dokonajmy porównania do średniej wielkości gmin w Polsce.

Średnia wielkość gmin waha się od 150 km2 do 200 km2 niewiele z nich przekracza 250 km2, a więc przyjmując, że średnio na gminę przypada do 200 km2, to oddany teren powierzchni morza wynosi około 15 gmin średniej wielkości w Polsce!

Czy jest to dużo, czy jest to mało? Jak na wielkość takiego krajów, jak Polska jest to bardzo dużo. Przeliczając dalej (można każdą gminę przeliczyć na liczbę gospodarstw rolnych), będzie ich od kilkudziesięciu do paruset na gminę, więc nie jest to wcale mało w skali kraju.

Przeliczając na liczbę gmin czy gospodarstw rolnych, a do tego nie wliczając w to wszystko zasobów naturalnych, jakie mogą znajdować się pod powierzchnią morza, straty są ogromne. Do tego należy jeszcze doliczyć inne nieudogodnienia w przyszłości w związku z zawężeniem obszaru wpływów przez Polskę.

Dla ludzi morza, żeglarzy, ludzi kochających wodę możemy to inaczej zobrazować, jak duża powierzchnia wód terytorialnych Polski została stracona. Porównując stracony obszar z największym jeziorem Polski Śniardwy, które liczyły prawie 114 km2, to po przeliczeniu wyjdzie nam, że byśmy stracili ponad 25 jezior tejże wielkości.

Kto był nad tym jeziorem, to wie, jak jest ono ogromne. A my jako kraj oddaliśmy 25 razy tyle, co nasze największe w Polsce jezioro Śniardwy.

W inny sposób można powiedzieć, że jest to pas o szerokości 10 km i długości prawie 300 km, kto chodził, pracował w terenie, wie jaki to ogrom terenu, który to tzw. rząd polski oddał Duńczykom, oczywiście za darmo!

Co można podsumować na koniec? Jedynie straty, które już wymieniliśmy.

Rys.1 Ustalony stan granic przez mocarstwo Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Rosji po II Wojnie Światowej
w czasie Konferencji Jałtańskiej 1945 roku.

Rys.2 Granice roszczeń terytorialnych Królestwa Danii i Polski.

Rys.3 Oddany obszar Królestwu Danii przez Polskę.